Ciąża Polecane

Rodzić po ludzku – opowiem Ci jak to jest naprawdę.

Do napisania tego wpisu siadałam od kilku lat, ale za każdym razem dochodziłam do wniosku, że nie jestem jeszcze gotowa do tego wracać i się z nim w jakikolwiek sposób emocjonalnie obnażać. Przez lata myśl o posiadaniu drugiego dziecka i ponownym porodzie napawała mnie takim lękiem, że nie dopuszczałam do siebie możliwości rozwiązania fizjologicznego. Jedynym światłem w tunelu wydawała się być cesarka, choć tej nie chciałam równie mocno.

Wydawać by się mogło, że skoro żyjemy w XXI wieku, kiedy medycyna idzie do przodu, a standardy okołoporodowe są stale wypracowywane by polepszyć komfort opieki nad rodzącą, by nie traktować jej przedmiotowo, a z szacunkiem, to w końcu jest nadzieja, że zaczniemy rodzić godnie, w atmosferze empatii i poczucia szacunku. Niestety, nawet w największych miejskich ośrodkach medycznych (o czym się przekonałam na własnej skórze), strikte ginekologiczno – położniczych nadal to nie jest standard. Nie chcę tu oczywiście generalizować, ale realnie patrząc – różnie trafić można.

Około trzydziestego tygodnia pierwszej ciąży zaczęłam rozglądać się za szpitalem, w którym wydam na świat swoje pierwsze dziecko. Ładne ściany nie były dla mnie priorytetem, zależało mi na dobrej opiece okołoporodowej i empatycznej położnej, która w atmosferze ciepła przeprowadzi mnie przez cały ten proces. Chciałam poczucia spokoju, dla siebie i dla męża, z którym chciałam rodzić. To wszystko, szacunek i spokój, czyli zapewnienie warunków do godnego porodu. Nic więcej. Po prostu urodzić po ludzku.

Poszukałam położnej, skontaktowałam się z nią i umówiłyśmy się na spotkanie. Okazało się, że w tym czasie ma zaplanowany urlop, ale zasugerowała, żeby nie skupiać na jednej położnej, bo wszystkie w tym szpitalu są bardzo dobre, empatyczne, bardzo doświadczone, a ze znieczuleniem nie będzie najmniejszego problemu i na pewno będę zaopiekowana. Finalnie zapewniła, że nie ma zasadności opłacania takiej opieki, bo przecież i tak lekarz i położna będą ze mną w kluczowych momentach, a przez pozostały czas to i tak będę wolała być sama z mężem. Ponieważ doświadczenie miałam w tym zerowe, uwierzyłam w całą tą niesamowicie idylliczną historię i zrezygnowałam z dodatkowego opłacania opieki. Tym bardziej uwiarygadniający był fakt, że koleżanka, która rodziła przede mną i przyjaciółka rodząca tuż po, również nie umawiały położnej, argumentując to w dokładnie w ten sam sposób. I to mnie wtedy uspokajało.

Nadszedł ten dzień. Po niespełna dwóch godzinach snu, obudziły mnie skurcze. Mocne, regularne. Zaczęłam odmierzać czas, były co około dziesięć minut, więc przypomniawszy sobie zalecenia ze szkoły rodzenia, uznałam że jest jeszcze czas. Postanowiłam dać mężowi dospać, w tym czasie wzięłam kąpiel, dopakowałam torbę szpitalną, wysterylizowałam na wszelki wypadek jedyną posiadaną butelkę i zaczęłam się powoli ubierać. Około piątej rano ruszyliśmy do szpitala, wiedziałam, że wcześniej nie ma to sensu, bo w nocy zwykle IP była przepełniona. Leżałam w tym szpitalu na patologii dwukrotnie, więc wiedziałam czego się spodziewać. Przed szóstą rano przekroczyłam próg szpitala. Zrobiono mi KTG, USG, skurcze co 5 minut i to na tyle silne, że na aparaturze brakowało już skali. Czułam, jakby co kilka chwil prąd paraliżował mi całe ciało, nie byłam w stanie chodzić bez podparcia i w myślach wyczekiwałam rozwiązania. Ale niestety brak rozwarcia. W takim razie patologia ciąży – lekarka wspomniała, że tylko trochę tam poczekam i na pewno będę już rodzić. 

To trochę trwało niczym wieczność, skurcze przybierały zarówno na częstotliwości jak i na sile, a ja czułam, że za moment zacznę gryźć ściany. Poza momentami skurczy starałam się mieć dobrą minę do tej trudnej gry, zachować spokój i niestety szybko obróciło się to przeciwko mnie. Młoda lekarka z porannego obchodu stwierdziła, że wyglądam na za mało cierpiącą, wiec mogę sobie jeszcze tu posiedzieć i finalnie mimo próśb odmówiła mi badania oceny rozwarcia. Z każdą godziną coraz bardziej słabłam i czułam, że nie mam siły się podnieść. Około południa zaczęły odchodzić mi wody. Zgłosiliśmy ten fakt do położnej dyżurującej na oddziale, ale ta stwierdziła, że pewnie mi się wydaje, pewnie popuściłam i mam wracać do sali. Jednak moje stanowisko już na tym etapie było absolutnie nieugięte i szybko się okazało, że miałam racje – to były wody. Błagałam mojego męża, żeby zabrał mnie z tego szpitala, bo ja tego dłużej nie zniosę. Bo zamiast opieki na każdym kroku spotykałam się z chamstwem i lekceważeniem. Dopiero po kolejnych kilku godzinach pojawił się w końcu lekarz. Zostałam zbadana, okazało się że po 12 h oczekiwania na patologii mam już 3 cm i mogę spokojnie być zawieziona na porodówkę. Zgodnie z zaleceniem lekarza miałam też otrzymać znieczulenie ZO, bo z niewielką dawką snu byłam na nogach od ponad 36h i słabłam z każdą minutą. Miałam chwile odpocząć i spokojnie urodzić. Miałam.

Na porodówkę trafiłam po ponad godzinie oczekiwania, bo nie było komu mnie tam zwieźć, a przecież mąż nie mógł mnie samodzielnie odprowadzić. Gdy w końcu tam trafiłam, akurat była zmiana dyżurów, więc znów musiałam czekać. Ale byłam pełna nadziei, że teraz to juz pójdzie z górki, przecież wszystkie położne tutaj miały być złotymi kobietami. Czekałam na to znieczulenie i tą położną jak na jakiś cholerny cud, ulgę, zbawienie.

Położna się pojawiła i  zostałam ponownie zbadana. Bardzo agresywnie, niedelikatnie. Rozwarcie wg niej na 4 cm, znieczulenie miało być, ale położna mimo zaleceń lekarza i moich próśb, odprawiła anestezjologa i powiedziała, że będę rodzić bez i koniec. I teraz uwaga, jej uzasadnienie: Kobieta powinna w czasie porodu cierpieć, bo taka jest natura, więc muszę to znieść i koniec. Wszelkie prośby, powoływanie się na decyzje lekarza nie skutkowały. Dostałam za to zastrzyk, który wg niej miał mi nieco ulżyć, a okazał się być oksytocyną, po której moje cholernie bolesne skurcze nasiliły się do tego stopnia, że kilkukrotnie mdlałam pomiędzy nimi. Skurcze były już nie do wytrzymania, a dziecko zmęczone, bo trwało to już ok osiemnaście godzin. Ordynarna położna zniknęła, choć blok porodowy był praktycznie pusty i ciężko było ją znaleźć, czego kilkukrotnie podejmował się mój mąż. Pojawiła się po dosyć długim czasie, kiedy już rozpoczęły się skurcze parte. Przez cały ten czas w jakiejkolwiek pozycji miałabym nie być, podtrzymywał mnie mąż, bo z wycieńczenia nie byłam w stanie utrzymać się o własnych siłach. Gdy kazała mi zmienić pozycję i wstać, a ja zakomunikowałam, że nie dam tak rady, bo zaraz polecę w dół i stracę przytomność, wówczas odpowiedzi usłyszałam i dobrze, przynajmniej nie będzie Pani stawiać oporu.

Ostatnia faza porodu była potworna. I wcale nie przez to, że nie miałam tego znieczulenia, bo zdołałam się z tym powiedzmy pogodzić dużo wcześniej. Nie z powodu tego, że byłam juz skrajnie wycieńczona. Poziom chamstwa, który bił od owej położnej Pani K. i jej lekceważące podejście miały swoje konsekwencje. 

Dziecko było okręcone pępowiną i zaczynało być niedotlenione. Rodząc musiałam skupiać się na zapisach KTG i bardzo uważać, żeby dziecka nie udusić, co w stanie skrajnego przemęczenia połączonego z potwornymi bólami krzyżowymi było dodatkowym utrudnieniem i obciążeniem. Przez to poród się przedłużał i zaszło duże ryzyko uduszenia dziecka. Mieliśmy dużo szczęścia, ze udało się dotrwać do końca i synek urodził się wymęczony, ale zdrowy.

Niestety położna swoim niedbalstwem doprowadziła u mnie do szeregu powikłań, które leczyłam przez bardzo długi czas. Na koniecznej wizycie kontrolnej w czasie połogu dowiedziałam się od lekarza, że zgodnie z tym jaki był przebieg miałam szereg wskazań do cesarki, ale po prostu najwidoczniej nikomu się nie chciało. Co więcej, można było przyspieszyć akcję przebijając worek owodniowy, ale nie wiedzieć czemu jakoś tego też nikt nie zrobił.

Po dwóch tygodniach od porodu ochłonęłam na tyle, żeby poczytać, czy ta moja przypadkowa położna rzeczywiście należy do tej grupy empatycznych złotych kobiet tego szpitala, jak mi było z początku przedstawiane. Niestety nie tylko ja byłam rozgoryczona swoimi wspomnieniami. Wiele kobiet skarżyło się na ordynarne zachowanie Pani K., inne na obrażenia czy przeciąganie decyzji o koniecznych zabiegach, co finalnie było katastrofalne w skutkach. Trafiłam również na wypowiedź kobiety, która opisywała, że w skutek dociskania jej przy porodzie położna złamała jej kręgosłup. 

Od tamtego dnia dzieli mnie już kilka lat. Miałam czas ostudzić emocje, spojrzeć na wszystko z dystansem. Niestety nie wiele to zmieniło w moim postrzeganiu tamtej sytuacji i wspomnieniu, bo wciąż czuję, że po tym w mojej głowie pozostała niezagojona rana. We wspomnieniach Maćka, dla którego to był koszmar. W miejscu gdzie dzieją się tak wzniosłe rzeczy jak witanie na świecie nowego życia, nie powinno być miejsca na celowe zadawanie bólu, lekceważenie i odzierania człowieka z godności. Nie powinno być tak, że położna stawia ponad dobrem pacjenta swoje ideologie i poglądy, że zmusza do rzeczy, które stanowią wybór a nie konieczność.

Wiem, że nie jestem jedyna, że te koszmary dzieją się codziennie. Że zamiast łez radości są te świadczące o strachu i przerażeniu. Wiem, że jest nas więcej. 

________________________________________________________________________

Jeżeli chciałybyście podzielić się swoją gorzką historią, jeśli nie uszanowano Waszych praw, to piszcie! Bo to nie są rzeczy, które powinny być zamiatane pod dywan, czy stanowić powód do wstydu. To jest ten czas, to miejsce. Piszcie, powiemy o tym głośno razem. 
slodkiciezarblog@gmail.com



ZOBACZ RÓWNIEŻ

7 komentarzy

  • Odpowiedz
    Katarzyna
    2 stycznia 2019 at 16:38

    Mam podobne przejścia po porodzie. Skurcze co 5minut jak się pokazały pojechaliśmy z mężem na porodówkę. Była kilka minut po 2, po przebadaniu przez lekarza (roztrzepany, wyglądał bardziej jak przebieraniec z oddziału psychiatrycznego) trafiliśmy na salę porodową. Była godzina 3 i rozwarcie 2,5cm i miał być to wg lekarza szybki poród. Do 6rano po ciepłym prysznicu (cudem że nie zaraziłam się grzybicą) było już 5cm. Około godziny 9 rozwarcie 8cm po bolesnym masażu położnej , i to trzymało się już do końca. Lekarz przyszedł koło 12 i czułam jakby gorący pręt mi ktoś wsadził a on dopiero przebił wody. Wszystko bez znieczulenia. Dobrze ze tego dnia było na oddziela niewielkie porodów i przychodziły do mnie różne położne, ale ani lekarze ani one nie miały nawet plakietek z imieniem i nazwiskiem więc nawet nie wiem kto mnie “obsługiwał”. Wiedzy czasie dostawałam uwagi żebym tak nie krzyczała bo to jeszcze tak nie boli. Widziałam w zapisie Ktg ze liczba odpowiedzialna za tetno dziecka spada do zera, ale po zapewniach położnej wszystko byl ok bo to stary sprzęt. Z 8cm rowarciwm o godz 13 podano dopiero glukoze (bo już nie miałam siły) i oksy podawanej co chwila większej dawki, nacięciu i z pomocą innych położnych które trzymały mnie za nogi a nawet jedna chyba uciakala brzuch po 2godzinach męczarni urodziłam chłopca, który był cały fioletowy, nie ruszał się i nie płakał. Odrazu zaczęłam pytać czy wszystko ok bo nie słyszę płaczu, odrazu zaczęto mnie zgadywać. Dostał 4punkty, średnia zamartwica urodzeniowa. Wszyscy zapewniali że tak, zabrali go na bok i po chwili słyszałam delikatne kwilenie. Podali syna na 3minuty i zabrali. Wszyscy po moich i męża pytaniach zapewniali że jest wszystko ok. Ale dziecko zostało na 24h w inkubatorze. Wszystko na żywca… Prosiłam żeby mnie cieli bo już nie miałam siły. Najlepsze było przy wypisie jak czytałam swoją kartę. Połowę badań nawet mi nie przeprowadzili. Wody były zielone przez co powinno być odrazu zrobione cc. A gdyby lekarz zrobił usg jak było to zapisane w wypisie to zauważył by że dziecko owiniety jest pepowiną. Dziecko nabawiłlo się inwekcji dróg oddechowych. Spędziliśmy ponad tydzień w szpitalu. Zresztą opieka na poloznicznym też daje dużo do życzenia i stan sanitarno – higieniczny również. W jednym pomieszczeniu WC, po drugiej stornie korytarza prysznic który ciągle śmierdział moczem. Sprzątaczka ścierą która przemyła parapet w pokoju, stolik i ramę mojego łóżka wytarła nią wcześniej śmietniczkę. A jedzenie, sami wiecie. Po porodzie dostalam 3kromki chelba, liść sałaty i 3 krakersy. Żal. Miałam problem z pokarmem. Ale dopiero w drugiej dobie dostałam laktator który nic nie ściągnął, bo nie miał co. Ale ciągle przychodził położne z wyrzutem co on tak płacze, przystawki go pani. To ja go przystawialam do pustych piersi bo nie wiedziałam. Dziecko dostało butle i spało spokojnie. Ale wg lekarzy wszystko było dobrze. Zawsze jest wszystko dobrze. Ale jeszcze może 2-3godziny porodu i dobrze mogłoby się nie skończyć. Teraz jesteśmy pod stałą kontrola neonatologa i neurologa.
    Po tym wszystkim nie wiem czy zdecyduje się na drugie dziecko. Miasto 120tys w województwie mazowieckim.

  • Odpowiedz
    Pooo
    2 stycznia 2019 at 10:52

    Ja bym nie zaryzykowała porodu bez umowionej połoznej lub lekarza i to nawet w szpitalu z najlepsza reputacja .Prawda jest taka ze jak przychodzisz z tzw ulicy raczej nikt z personelu nie będzie się starał i pomagał ,szybko reagował .Jak wszystko idzie szybko i bez komplikacji to jest ok ale w przypadku problemów jak opisane w artykule to może być różnie.

  • Odpowiedz
    Matylda
    31 grudnia 2018 at 10:56

    Czy możesz podać nazwę szpitala? To ważne dla czytelniczek, myślę że nie powinno to być tajemnicą.

  • Odpowiedz
    Beata
    31 grudnia 2018 at 09:13

    Dziewczyny piszcie o takich sytuacjach nie tylko na blogu ale przede wszystkim do dyrektora szpitala, dyrektora oddziału NFZ, rzecznika praw pacjenta i rzecznika praw dziecka. Opisujcie dokładnie te sytuacje, podawajcie daty, nazwiska itd. Komentuję z własnego doświadczenia. Nie chodziło tu o opiekę po porodzie ale opiekę nad 3-letnią córką z zanokcicą (zakażenie bakteryjne wału paznokcia) w jednym z dolnośląskich szpitali, w dniu opieki świątecznej. Problem dla doświadczonego lekarza był banalny, ale nie tak banalny dla córki – ryzyko sepsy u tak małego dziecka. Zostaliśmy zlekceważeni a następnie podano nam złe informacje co do dyżuru chirurga dziecięcego w województwie. Jeździliśmy 4 godziny po różnych ośrodkach, prosząc o pomoc dla dziecka w stanie podgorączkowym… Długa historia, która miała szczęśliwy finał dzięki empatii pielęgniarek w szpitalu, który nie miał żadnego dyżuru pediatrycznego. Gdy ochłonęłam postanowiłam opisać sytuację kierując pisma do wszystkich www ośrodków i osób. I co? Odpisali wszyscy niektórzy 2-krotnie zmuszeni dodatkowymi pismami (rzecznik praw pacjenta i dyrektor NFZ dodatkowo wysłali własne pisma do dyr. szpitala). Czy to coś zmieniło w opiece nad małymi dziećmi w tej placówce? Nie wiem. Mam nadzieję. Na pewno przysporzyłam dyrektorowi szpitala dodatkowej pracy, a lekarz musiał się tłumaczyć z całej sytuacji. Jeśli dyrektor będzie się musiał tłumaczyć z takich sytuacji kilka razy w miesiącu, i dodatkowo będzie wiedział o tym NFZ, to może zastanowi się nad standardami opieki w swojej placówce albo rozważy przedłużenie kontraktu danemu lekarzowi czy położnej.

  • Odpowiedz
    Co to za szpital?
    28 grudnia 2018 at 17:44

    Jestem przed porodem. Chcialabym wiedzieć w jakim to mieście, jaki to szpital i poznać nazwisko położnej. Mam wprawdzie wybrany szpital, w którym byłam operowana i który cieszy się swietną opinią, ale zawsze warto być ostrożnym.
    Pozdrawiam i dziękuję Ci za podzielenie się tym doświadczeniem.
    Magda

  • Odpowiedz
    Ola
    28 grudnia 2018 at 16:24

    Bardzo Ci współczuję. Kiedy czytałam ten post ciężko było mi uwierzyć, że położna może tak się zachowywać
    To jest niewybaczalne, żeby jedna kobieta drugiej robiła taką krzywdę. Strach przed porodem jest rzeczą naturalną, ale po takich traumatycznych doświadczeniach nie dziwne, że boisz się kolejnej ciąży. Trzeba mówić o takich rzeczach. Każda z nas ma prawo godnie rodzić.

  • Odpowiedz
    Dorota
    28 grudnia 2018 at 00:32

    Straszne!! Niestety potwierdzasz moja regułę, że każdy poród to krok od tragedii. Nienawidzę tej rutyny, tej bezczelności, chamstwa, braku empatii… Jak kobieta może robić to kobiecie?! Sama przez to przeszła, a nawet nie stara się pomóc innej w bólu i cierpieniu. Okropność. Trzeba o tym pisać, racja ale czy ktoś zwróci na to uwagę? Mój ginekolog, który leczy mnie bardzo długo, prowadzi trzecią moja ciążę, z którym bardzo się lubimy, wątpi w moje opowieści o dramatach z porodówek! Uważa, że nawet jak kobiety tego nie widzą, lekarze zawsze mają wszystko pod kontrolą. Ale czy rzeczywiście w Twoim przypadku czy w tysiącach innych wszystko było tak jak powinno?? Znikąd pomocy, bardzo to smutne.

  • Napisz odpowiedź