DZIECKO

Koniec częstego chorowania?

Wielokrotnie częstsze wstawanie w nocy. Wizyty u pediatry nawet dwa razy w tygodniu. Zwolnienia lekarskie. Gorączka, katar, kaszel. Aspiratory, inhalatory, krople do nosa, syropy. Miliony pln-ów zostawionych w aptece. Stres, pot i łzy. To już koniec?

Przez pierwszy rok swojego życia, Miko był okazem zdrowia. Oczywiście parę razy podejrzewałam początki infekcji, ale szybko wychodziło na jaw, że jak to przy pierwszym dziecku bywa, byłam nieco przewrażliwiona. Wolałam jednak dmuchać na zimne i każdą wątpliwość konsultowałam z pediatrą. W pewnym momencie (Miko miał kilka tygodni) moje wczesnorodzicielskie przewrażliwienie zostało unicestwione przez pediatrę (przy okazji bardzo mądrą ordynator pediatrii jednego ze szpitali). Przyjechałam skonsultować nieznanego pochodzenia wysypkę (nijak nie mogłam jej z niczym pożenić), na co pediatra rzuciła okiem i powiedziała: Proszę Pani, czy Pani naprawdę nie ma co robić? Dzieci w tym wieku czytają świat skórą i reakcje skórne (z wyłączeniem pokrzywki) są naturalnym wynikiem przystosowywania się organizmu do warunków panujących poza łonem matki. Proszę wziąć głęboki oddech, jechać do domu i cieszyć się macierzyństwem. Tak też zrobiłam. To był ostatni raz, kiedy moje przewrażliwienie dało o sobie znać. Wróciłam do domu, nasmarowałam młodego balsamem, który stosowałam w ciąży przy jakichkolwiek zmianach skórnych (zalecany od pierwszych dni życia), a na drugi dzień po wysypce nie było już ani śladu. Potem nastał już luz.

Pierwszy rok przebiegł w miarę spokojnie, poza tą nieszczęsną wysypką, nie mieliśmy nawet cienia kataru. Na szczęście. Po roku zaczęła się jazda bez trzymanki. Miko poszedł do żłobka i od tego czasu mieliśmy regularny szpital w domu. Wszystkie terminy szczepień szlag trafił, bo odstępy między chorobami były tak krótkie, że nie udawało nam się wstrzelić z wizytą szczepienną. Życie toczyło się wg stałego schematu: tydzień w żłobku, tydzień w domu. Rekordem było chyba 7 dni w żłobku, ale na ogół, kiedy upływał cały tydzień uczęszczania, to już zaczynałam bukować wizytę do pediatry. O koszmarnie długich kolejkach do lekarza chyba nie muszę wspominać. Niestety, przeziębienia często przechodziły w kolejne infekcje, przez co odwiedzaliśmy pediatrę nawet dwa razy w tygodniu. Przeziębienie, zapalenie oskrzeli, zapalenie ucha, grypa — to tylko część atrakcji naszego pierwszego żłobkowego sezonu jesienno — zimowego. Co Miko przyniósł ze żłobka, to zaraz i ja łapałam. Właściwie nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek tak często i intensywnie chorowała, jak w ciągu tamtych kilku miesięcy.

Po wielu wykańczających tygodniach walki z chorobami oraz po kilku przyjętych przez miśka antybiotykach, załamałam ręce. Miko przechodził dwa dni do żłobka i po raz kolejny odebrałam go z katarem i stanem podgorączkowym. Nosz ileż można do cholery?

Po raz kolejny odwiedziliśmy naszą panią pediatrę. Postanowiłam skonsultować z nią, czy taka ilość chorób jest “normą” u takich maluchów, czy też powinnam zacząć się niepokoić i myśleć o innej formie opieki dla Mikiego, na czas, gdy jestem w pracy.
Przyznam, że to, co usłyszałam, nieco mnie uspokoiło, choć z początku podchodziłam do tego z rezerwą.
Średnia liczba zachorowań (dla dzieci w tym wieku) w sezonie jesienno — zimowym, to około 10 infekcji.

Mikołaj nie wypadał źle na tle tej średniej, bo zaliczył zaledwie (chociaż dla mnie to aż) 7 infekcji, a więc nadal pozostawał poniżej średniej. Pani doktor zaleciła przeczekać do wiosny, bo wtedy zwykle następuje poprawa. Nie wierzyłam w to. Nagle perspektywa, że moje dziecko mogłoby za tydzień zwyczajnie nie przynieść kolejnej choroby, była abstrakcyjna. Zabukowałam wizyty w przód, serio. I ku mojemu zdziwieniu, musiałam je wszystkie odwołać. Od kilku tygodni Miko nie choruje. Wystarczyła poprawa pogody, więcej czasu na dworze, a problem sam się rozwiązał. I absolutnie nie stosowałam żadnych suplementów wzmacniających. Ani jednego! Natomiast wprowadziliśmy tylko jedną zmianę.

Kilka tygodni temu, moja przyjaciółka przesłała mi artykuł dotyczący wychowywania dzieci przez Skandynawów. Otóż z owego tekstu dowiedzieć się można było, że skandynawskie dzieci rzadko chorują, a już na pewno rzadziej, niż wszystkie znane mi dzieci. Przyczyny tak świetnej kondycji maluchów są dwie:

Po pierwsze dzieci nie są przegrzewane. Nie ma co ukrywać, ale u nas (w Polsce), przegrzewanie to jedna z najczęstszych przyczyn przeziębień. Wystarczy za ciepło ubrać dziecko, lekko się spoci, wiatr powieje i już infekcja murowana. Niejednokrotnie byłam świadkiem sytuacji, gdy wczesnym latem dzieci na spacerach były opatulone śpiworami i kocami, podczas gdy mój synek miał na sobie koszulkę i krótkie spodenki. I wcale nie chorował. Nic a nic. Ja od zawsze trzymałam się zasady, że lepiej lekko zmarznąć niż przegrzać. Przed pójściem do żłobka, działało nam to rewelacyjnie. Zero chorób.

Druga rzecz, o której mówił artykuł, tyczyła się spacerów. Skandynawowie trzymają się zasady: Nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie. Innymi słowy, na spacery powinno się chodzić niezależnie od pogody (deszcz, śnieg, wichura), trzeba tylko dostosować ubiór. Dlaczego? Bo przebywanie na dworze, dotlenianie organizmu i wystawianie na różne warunki atmosferyczne, pozytywnie wpływ na budowanie odporności u dziecka. Skandynawskie dzieci wychodzą na dwór codziennie, niezależnie czy jest lato, czy ostry mróz. I mam na myśli nie tylko dzieci w wieku szkolnym czy przedszkolnym. Nawet najmniejsze maluszki aktywnie spędzają czas na powietrzu.

Parę lat temu, miałam okazję rozmawiać z pewną Polką mieszkającą w Szwecji. To od niej, po raz pierwszy usłyszałam, że przebywanie na świeżym powietrzu jest dla Szwedów tak ważne, że mają w szkołach takie zajęcia, na których zwyczajnie spacerują — dla zdrowia i odporności właśnie.

Tak więc ta jedyna i najważniejsza zmiana, którą wprowadziliśmy, to właśnie spacery. Wychodzimy na dwór, niezależnie od pogody. Jeśli pogoda jest wyjątkowo obrzydliwa, wychodzimy przynajmniej na pół godziny, ale wtedy często dwa razy dziennie. Jeśli jest znośna lub dobra, to oprócz czasu na powietrzu, który spędza w żłobku (zwykle około godziny), wychodzimy jeszcze na spacer, który trwa minimum godzinę do dwóch godzin — dłużej niestety ciężko, gdyż zwykle jest to późne popołudnie.
Odkąd wprowadziliśmy tę zmianę, infekcji jest zdecydowanie mniej. Serio.  Mimo kontaktu z zakatarzonymi dziećmi. Nic a nic.
Dla każdego rodzica choroba dziecka to olbrzymie zmartwienie. Dla dziecka katar i kaszel to istna tortura. Jednak te dwie metody jako profilaktyka przeziębień, są tak proste, że aż szkoda ich nie stosować. Nie ma się co łudzić, że w sezonie chorobowym dziecko nie będzie łapać infekcji, ale jeśli złapie ich przynajmniej o połowę lub 1/3 mniej — to warto. A czas, który spędzimy z dzieckiem na zabawie na świeżym powietrzu, będzie najprzyjemniejszym bonusem stosowania profilaktyki.

ZOBACZ RÓWNIEŻ

11 komentarzy

  • Odpowiedz
    ladymamma.pl
    18 kwietnia 2016 at 23:17

    My spacerki również uskuteczniamy, bez względu na pogodę! Dzisiaj nawet w piaskownicy siedzieliśmy zawzięcie pomimo przelotnych opadów, nie daliśmy się przegonić pogodzie…;) Masz rację, również uważam, że bardzo dużo w tym prawdy!
    Pozdrawiamy!:))

    ladymamma.pl

    • Odpowiedz
      Brzozoweczka
      22 kwietnia 2016 at 00:46

      My tak samo, mimo gorszej pogody, pisakownica była grana 😀

  • Odpowiedz
    Mom on top
    16 kwietnia 2016 at 17:31

    Jakbym czytała o nas – pierwszy rok życia syna – okaz zdrowia, zero jakichkolwiek chorób, a skończył roczek i się zaczęło… A ostatni rok, odkąd poszedł do przedszkola, to w zasadzie w kółko chorowanie :/ Na powietrzu spędza w miarę dużo czasu, ale po przeczytaniu tekstu myślę, że warto zacząć również wychodzić w złą pogodę (też mi to zresztą kiedyś jedna laryngolog doradzała, ale jakoś nie umiałam się przekonać).

    • Odpowiedz
      Brzozoweczka
      22 kwietnia 2016 at 00:48

      To trzymam kciuki za zdrówko synka 🙂
      U nas to super działa, ale ważna jest konsekwecja. Czasami jak patrzę za okno, to baaaaardzo nie chce mi się wychodzić, ale wiem że warto 🙂

  • Odpowiedz
    BlogMatki.pl
    14 kwietnia 2016 at 12:35

    U nas spacer codzienny to podstawa, O ile ja jestem z dziećmi zawsze wychodziliśmy nawet na 30min niezależnie od pogody, niestety nianie jak już wiał wiatr to miały problem…. staram się nie przegrzewać i proponuję zdjąć czapki, bo sama już nie noszę a chłopcy nie chcą bo mówią ze im zimno 😀 Puszczam boso, dużo na dworze, w przedszkolu mój biega w krótkim rękawku plus przekonuje do odpornościowego jedzenia ….ale niestety choroby nas dopadają. nie wiem co robię źle. Jedynie w zeszłym roku po 4 antybiotyku powiedziałam dość,i nie pozwoliłam synowi dawać więcej, jak lekarz przepisuje szukam innego który wyprowadza nas np. z anginy czy zapalenia oskrzeli bez antybiotyku.To mój sukces już od roku nie podałam antybiotyku.

    • Odpowiedz
      Brzozoweczka
      22 kwietnia 2016 at 00:58

      niestety nie ma sposobu na całkowite pozbycie się problemu chorób – w innym wypadku bylibyśmy zawsze zdrowi. 😉 Ale mi powyższe sposoby pozwoliły skutecznie ograniczyć liczbę chorób i puki co nadal młody jest zdrowy. uffff 🙂
      Świetnie że nie dajecie się antybiotykom, ja nie jestem im przeciwna, o ile są uzasadnione. 🙂

  • Odpowiedz
    Iza Bluszcz
    13 kwietnia 2016 at 22:45

    U nas podobnie. Przyszła wiosna a choroby odeszły. W ogóle po roku spędzonym w żłobku ten sezon jesienno-zimowy był zdecydowanie lepszy. Najgorsze już za Tobą 😉

    • Odpowiedz
      Brzozoweczka
      22 kwietnia 2016 at 00:53

      uffff, to najlepsze, co ostatnio usłyszałam w kontekście żłobka 🙂

  • Odpowiedz
    Gaba - Turlu Tutu
    13 kwietnia 2016 at 22:22

    No widzisz! Ja ma bardzo harcorowe podejście do hartowania dzieci. Nie wiem czy to kwestia mojej fascynacji Skandynawią czy jakiś innych czynników, ale ja totalnie się zgadzam z ym stylem wychowywania dzieci. Moje dzieciaki w zasadzie nie chorują. Czasem przytrafi się katar, na który kichamy, czasem jakiś wirus żołądkowy, tak na dwa dni…a dwa lata temu dzieciaki przeszły ospę (w tym 5 miesięczna wtedy Bianka). Przetrwaliśmy bez hospitalizacji, antybiotyku, bez zapalenia ucha, oskrzeli, płuc…Ale też bez inhalacji, psikania do nosa, fridy, zapatulania w ręczniki po kąpieli, suszenia włosów, bo mokre, grubych czapek wiosną, kurtek latem itd, itd….I biegałam z nimi w deszczu, chłodzie i mrozie…a latem nawet posiłki spożywamy na zewnątrz, a gdy byli niemowlętami spali w łóżeczkach turystycznych na ogrodzie, non stop w górskim klimacie…Moje dzieci chodzą też bardzo lekko ubrane, za co zbieram zawsze gromy od innych. Zawsze pada pytanie: Czy nie jest mu za zimno? Albo czy nie przesadziłaś trochę z tym lekkim ubraniem, będzie chore? I co? I nie jest…Dlatego trzymam się moich zasad.. Zdaję sobie też sprawę z tego, że moje dzieci mają tez dobre geny i mamy dom z ogródkiem – niewątpliwie są to rzeczy, które mi sprawę bezsprzecznie ułatwiły….Aniu życzę Wam dużo zdrowia!

    • Odpowiedz
      Brzozoweczka
      22 kwietnia 2016 at 01:04

      Ja z natury jestem zmarźluchem, więc trudno było mi się przestawić na lekkie ubranie, ale solidarnie przestawiłam się z młodym i jest o niebo lepiej. Ale za małego niemowlaka, moje dziecko spało w wózku dosłownie wszędzie. Podobnie jak i Wy, większość czasu spędzamy poza domem i jemy tam gdzie akurat jesteśmy. Zawsze byłam zdania, że w domu to ludzie umierają 😉 więc nawet gdy Miko był mały, nogi nas niosły w różne strony 😉
      Póki co, dobra passa zdrowia się utrzymuje – chwilo trwaj 🙂 Dzięki :*

    Napisz odpowiedź