MYŚLI POLECANE

Sukces w karmieniu piersią, czyli gdybym to wszystko wiedziała za pierwszym razem…

Pamiętam, dokładnie czas przed narodzeniem mojego pierworodnego. Wtedy wydawało mi się, że przecież karmienie piersią jest takie banalne, intuicyjne i w związku z tym, że to czysta natura, to przyjdzie ot tak. Nie trzeba mieć jakiejś wybitnej wiedzy. Nie trzeba się z tego uczyć czy mieć wiedzy, bo przecież to instynktowne i samo się zrobi.

Za pierwszym razem..

Kiedy w środku nocy i po porodzie zostałam przewieziona na oddział położnictwa, pielęgniarka rzuciła do mnie hasłem – proszę wybudzać dziecko co dwie do trzech godzin i karmić. Pomyślałam sobie easy peasy, damy sobie radę przecież. Natura w końcu, joł!
Pielęgniarka wsadziła małego człeka do dziecięcej kuwety na kółkach, zgasiła światło i tyle ją widziałam.

Około trzeciej nad ranem otwieram jedno ślepie, uchylam drugie i jazda. Biorę syna w ramiona, próbuję przystawić, no ale.. Nagle się okazuje, że taki noworodek to wcale nie jest taki poręczny jakby się wydawało, bo głowa lata. Próbuje raz, drugi trzeci i coś jakby jednak nie działa tak jak trzeba. Miało byś easy peasy, a mały człowiek jakoś nie współpracuje. Kolejna próba i dupa blada. Jakoś tak nie kompatybilnie. Noc głucha, pomocy zero. Na łóżku nieopodal śpi inna mama, ale jak śpi no to przecież się nie budzi, wiadomo.

Kolejne próby zakończyły się masakrą na brodawkach,  a ja nie wiedząc co z tym począć, zgodziłam się na dokarmianie dziecka od drugiej doby, i w efekcie szczęśliwa, że cycki mają wakacje od ciągłego macerowania. Po powrocie ze szpitala zaopatrzyłam się dobry laktator i walczyłam o karmienie piersią. Udało się bez większy problemów. Przeszłam kilka spadków podaży, i mieszanie (karmienie piersią + mleko modyfikowane)  karmiłam blisko pół roku. Ale umówmy się, że bliżej pół roku to już było jedno karmienie na dobę, bo po trzecim miesiącu zaszczuta przez pediatrę nakazem odstawienia syna z powodu refluksu, stopniowo przestawiałam się na KPI i zwiększałam udział MM, by bezpowrotnie zabić laktację. Nie mówiąc już o wyimaginowanych przez lekarzach alergiach, pomysłach na stosowanie hydrolizatów i preparatów mlekozastępczych, na co przynamniej stanowczo się nie zgodziłam. Bo alergii na BMK nie było – sama to mogłam stwierdzić gołym okiem. Tak z dużego obrazka było za pierwszym razem.

Za drugim razem..

Uczciwie mówiąc to za drugim razem uparłam się na to karmienie piersią i już. Wszystko dlatego, że jest to bardzo wygodne i szybkie. Żadnego wyparzania butelek, żadnego podgrzewania w nocy, żadnego fakapu, że nie mam czym nakarmić bo wyszłam i zapomniałam, a poza tym mając starszego chorowitego starszaka w domu, chciałam dać niemowlaczce dobry start i możliwie wspomóc jej budowanie układu odpornościowego.

Ale powiedzmy sobie szczerze, że chociaż karmienie piersią jest naturalne i wygodne, to jednak znacznie trudniejsze niż butelką i wymagające niekiedy wielu wyrzeczeń. Jak się uparłam, to nie było odwrotu.

Córka się urodziła, nie przewidziałam, że będzie bardzo wymagającym ssakiem. Jak się przyssała to odłożyć jej nie mogłam. Pierwszej nocy od północy do siódmej rano przespałam patchworkowo może 45 minut. I nie żebym się gapiła bez opamiętania do tej szpitalnej kuwety. Jako doświadczona matka polka wiedziałam, że sen trzeba szanować i że przecież nie bez powodu mówią dziecko śpi to śpij i Ty. Moja mała królewna po prostu musiała mieć zatkany dzióbek cyckiem, żeby nie podnosić syreny. O ósmej rano po ponad ośmiu godzinach niemal nieprzerywanego karmienia zadzwoniłam do męża z błagalnym tonem: Przywieź mi smoczek, albo dokonam na sobie mastektomii nożem do masła I tak.Iga dostała smoczek w pierwszej dobie.

Oczywiście byłam wielokrotnie informowana, że smoczek zaburzy ssanie, ale w naszym przypadku tak się nie stało. Ja za to zyskałam chwilę snu i wytchnienia. W późniejszym czasie rozmawiałam na ten temat z moją wspaniałą CDL i też nie demonizowała smoczka. Potwierdziła, ze wybraliśmy dobry smoczek i tyle.

Zacisnęłam zęby i karmiłam dalej mimo bólu wynikającego z procesu hartowania. Prawda jest taka, że każda mama KP musi przez to przejść po porodzie. Ten stan chociaż się dłuży i jest nieprzyjemny, to mija w ciągu tygodnia. Potem jest już zdecydowanie łatwiej. 

Igutkę karmię cały czas, bo niestety dziewczyna jest absolutnie antybutelkowa. Tym razem idzie mi zaskakująco łatwo, pomimo alergii i innych przygód. Wszystko dzięki temu, że mam zdecydowanie większą świadomość wielu naturalnych mechanizmów i zmian, jakie dzieją się na przestrzeni czasu, oraz tego, że wszystkie gorsze momenty mają charakter przejściowy. Ta wiedza (o której poniżej), wsparcie CDL cierpliwość oraz spokój sprawiły, że nawet w ciężkich momentach, przy hospitalizacjach i gdy następował kryzys laktacyjny – dawałam sobie radę.

Wsparcie potrzebne!

Przede wszystkim od pierwszych problemów zaczęłam zasięgać porady certyfikowanej doradczyni laktacyjnej. To bardzo ważne, by znaleźć taką osobę, która fachowo wesprze swoją wiedzą i doświadczeniem. Problemy są oczywiście bradzo różne, ale czasami wystarczy skorygować sposób przystawiania, znaleźć inne pozycje kiedy dokucza kręgosłup, zadbać o atmosferę, która nie będzie rozpraszać malucha. Doradca pomoże przy zastojach, zapaleniach, sprawdzi czy maluch odpowiednio zjada, pomoże przestawić na powrót dziecko z butelki na pierś czy poradzi jak podbić marną laktację. 
U nas korygowane były pozycje i weryfikowane zastoje w przyrostach wagowych. Dzięki mojej doradczyni wiedziałam, że kiedy dziecko gorzej przybiera lub traci apetyt a do tego dochodzi gorączka, to trzeba poddać mocz analizie. Dzięki temu na czas trafiłyśmy do szpitala z zakażeniem i o włos uniknęliśmy sepsy.

Kryzys Pani! Kryzys!

Wszystkie okresowe spadki podaży to naturalny etap w laktacji, kiedy to mleko mamy się zmienia i dostosowuje do potrzeb rosnącego malucha. Potocznie nazywane kryzysami laktacyjnymi i zdarzają się czasem co miesiąc, a czasem co dwa miesiące.. Przechodziłam je bardzo często, przychodził moment kiedy wydawało mi się, że pusto, a laktator ściągał dosłownie kropelki. A jednak dziecię choć bardziej nerwowe, bo żeby zjeść musiało się bardziej postarać i to kilkanaście razy na dobę, to nadal moczyło pieluchy. Po kilku dniach wszystko wracało do normy, a ja utwierdzałam się w przekonaniu, że laktatorem nie ma co mierzyć czy mleka jest dużo czy wręcz przeciwnie.

Straciłam mleko?

Nie ma czegoś takiego jak” straciłam pokarm po miesiącu czy trzech”. Nasłuchałam się takich historii i przy pierwszym dziecku przy pierwszym kryzysie właśnie około 3-4 tygodnia i przez to myślałam, że oto właśnie nadszedł koniec. Ale prawda jest taka, że póki dziecko jest karmione, to laktacja nie zaniknie. Warunkiem jest regularne przystawianie bądź odciąganie. Im częściej przystawiasz tym mleka jest więcej. Logiczne.

Dieta matki karmiącej..

…nie istnieje! Dziecko nie będzie miało gazów po tym co zjesz, bo pokarm wytwarza się z krwi. Po gazowanym też nie będzie kolek, bo gaz do żył się nie dostanie i nie będziesz miała gazowanej krwi.
Niestety wraz z karmieniem musiałam edukować otoczenie n/t diety, a właściwie jej braku. Nadal ten mit jest powszechnie powielany – niestety.
Może się jednak tak zdarzyć, że po zjedzeniu przez mamę czegoś co jest alergenem, który uczula dziecko i mamy do czynienia z odczynem w postaci, np wysypki, bólu brzuszka albo np  śluzu lub niteczki krwi w kupce. No to już inna historia. Wtedy rozwiązaniem bywa dieta eliminacyjna, czyli wykluczenie wszystkich produktów, które w składzie mają owy alergen. Po jakimś czasie przeprowadza się próbę prowokacyjną i sprawdza, czy rzeczywiście dany produkt powoduje alergie. Czasami bywa też tak, że alergen spożywany w niewielkich ilościach jest tolerowany. Ale decyzja o diecie eliminacyjnej i prowokacji powinna być podjęta przez lekarza pediatrę / alergologa po wnikliwym wywiadzie. Nigdy nie robimy takich rzeczy jak eliminacja na wszelki wypadek. Nie i nie.
Sama borykałam się z radami od lekarza o odstawieniu z powodu alergii i… zmieniłam pediatrę. Później każdy inny napotkany na naszej drodze pediatra nakazywał kontynuować karmienie piersią dalej utrzymując dietę eliminacyjną, bo przecież mleko matki jest najlepszym pokarmem dla dziecka. Wiadomix!

Dopalacze

Dwa słowa. Słód jęczmienny. Regularnie pity bardzo dobrze wspomaga, zwłaszcza w okresach spadku podaży – przetestowałam na sobie i działa. Ale żeby właściwie działał, to trzeba przystawiać, przystawiać i jeszcze raz przystawiać. Samo się nie zrobi.

Na koniec nie będzie tu jakiejś puenty z fajerwerkami. Nie będę tu mówić o tym co jest lepsze, w swoim życiu byłam Mamą KPI, MM i KP. Znam każdy sposób, byłam tam, poznałam. Drugi raz zostając Mamą wiedziałam, że teraz chcę KP i już.

Karmienie piersią jest fajne, wygodne i… też ograniczające swobodę. Ale nawet jeśli karmisz rok czy dwa, to ile to jest w skali całego Twojego życia? No tyle co nic. A ile dla Ciebie znaczy ta bliskość, którą budujesz z dzieckiem, a której KP zdecydowanie sprzyja? Dla mnie jest bezcenna.

ZOBACZ RÓWNIEŻ

1 komentarz

  • Odpowiedz
    Kama
    8 sierpnia 2019 at 15:19

    Warto wiedzieć. Ja też tego wszystkiego nie wiedziałam, ale dobrze, że dzielimy się wiedzą między sobą 🙂

  • Napisz odpowiedź