Polecane Pół żartem

Trudna dolegliwość młodych matek

Bycie świeżo upieczoną mamuśką mam już za sobą, dotychczas jeden raz (choć niedługo to się zmieni!), ale i ja na początku dałam się na to złapać. Żeby nie było, nie wytykam, bo pamięta wół jak cielęciem był. Długo wydawało mi się, że wszystko jest okej, no bo przecież jakżeby inaczej. A potem przyszedł kubeł zimnej wody. Nie od innych, sama poczułam, że jednak coś jest nie do końca halo.
Ale ponieważ widzę, że to dolegliwość dotykająca coraz więcej kobiet, no to serio, porozmawiajmy.

Zaczyna się bardzo niepozornie, zwykle przed pierwszym dzieckiem albo zaraz po urodzeniu, bo przy kolejnych ma się już nabytą odporność. Raz zachorujesz i już wiesz jak się bronić, poza tym, jesteś przecież już zaprawiona w boju!  😉

Nie nie, to nie baby blues.

Rozpoznanie

Zaczyna się od tajemniczej dziury laktacyjnej, kiedy to wypierane są ze świadomości wszystkie informacje.
No prawie wszystkie. Bo to co z dzieckiem związane wyryte jest w umyśle do tego stopnia, że w nocy przez sen wyrecytujesz. Ale inne rzeczy? Rachunki? Lista zakupów? Wypicie jeszcze ciepłej kawy? Zapomniałaś, co nie?

Do tego dochodzi chroniczne przemęczenie, bo nie śpisz, nie siedzisz, bo przecież w kółko coś robisz w domu, to obiad, to sprzątanie, dziesiąta pralka w ciągu dnia, albo gapisz się w dziecię jak w obraz i zapominasz o bożym świecie. I wtedy właśnie ono się budzi, a wszystko szlag trafia. Karmienie, przewijanie, bekanie. Potem przepadasz w internecie szukając kolejnych ubranek, smoczków, bujaczków. I tak dzień minął. No nic, wszystko będziesz nocą robić, a rano zmartwychwstaniesz.

Dalej idzie już monotematyzm i zafiksowanie na punkcie macierzyństwa. Spotykasz się ze znajomymi, niby miałaś się oderwać od domu ale i tak mówisz tylko o dziecku. O jego rozwoju, postępach, kolkach, pieluchach, kupach, zupkach i o tym jakie to ono słodkie jest no, i wybitne – wiadomo. Znajomi mówią o ostatni przeczytanych książkach, a Ty w głowie masz tylko tę jedną, którą wałkujesz ostatnio w kółko, z kotkiem, kurką i krówką. To już lepiej nic nie mówić. Uśmiechasz się i przytakujesz. To bezpieczna strategia. Damn.

Skoro już odstawiłaś literaturę piękną, prasówkę czy choćby pudla na rzecz księgozbiorów wczesnodziecięcych, pojawia się ostatni alarmujący sygnał. Problemy z wysłowieniem się. Nagle brakuje Ci słów, szukasz w pamięci, ale nawet do tej szuflady nie trafiasz.

Na koniec, gdy już zabrniesz w to wszystko za daleko, to zdajesz sobie sprawę, że zrobiła Ci się istna jajecznica z mózgu. Nie ogarniasz nic poza dzieckiem i domem. Brak Ci stymulacji umysłowej i czujesz, jak mózg Ci się zawiesza przy próbie wypuszczenia ciętej riposty czy przy jakiejkolwiek dyskusji. Wiesz, że już jest źle.

Pora na detoks.

Terapia

Potrzebna, a nawet konieczna. Żeby wrócić do żywych, no to nie ma siły, trzeba coś zmienić. Przestać bujać wózkiem sklepowym usypiając zakupy nucąc przy tym pod nosem piosenki dziecięce. Najlepiej zacząć od:

Wino. Dużo wina. Najlepiej w kroplówce. Co prawda nie zaczniesz się składniej wypowiadać, ale za to jest szansa na ripostę, może nawet trafną, trzeba dać sobie trochę czasu. Potraktujmy to jako zabieg relaksacyjny, takie SPA dla umysłu, a to przecież podstawa każdej rekonwalescencji.

Przy okazji tego wina uda się ugrać drugą rzecz – kontakt z ludźmi, nie tylko z innymi młodymi mamuśkami, ale też rodzicami starszych dzieci oraz tymi co dzieci jeszcze nie mają. Kobitki, faceci, nie ma znaczenia! I ograniczenie tematów okołodzieciowych. Wiadomo, że nic tak ludzi nie zbliża jak dramaty niewyspania, karmienia piersią (oessu!) czy zmagań z tymi okropnymi pediatrami co to nie daj Boże próbują wcisnąć szczepionkę, antybiotyk lub chociaż sól morską na katar, ale może tak dla odmiany można by o czymś innym? Literatura? Kino? Podróże? No już niech nawet będzie o polityce, będą emocje chociaż! ( i w sumie takie same g… jak przy pieluchach).

Czas tylko dla siebie. Dla higieny psychicznej, żeby pójść do kina, lub na zakupy, koniecznie omijając dział dziecięcy. Na ploty z przyjaciółką, na kawę, na maniciure, pediciure, fryzjera. No nawet do Biedry wyjdź, ale sama. Na cokolwiek, byle z dala od domu i w pojedynkę.

Czas na randkę. Bo jest potrzebna, poza byciem mamuśką jesteś również kobietą. Wyjdź z partnerem na seans do kina, na spacer lub gdzieś do knajpy na kolacje. Bzyknijcie się w toalecie i przypomnijcie sobie jak to było jeszcze zanim pieluchy wyżarły mózgi. Trochę emocji, trochę dreszczyku, niech się dzieje.

I czytaj. Ale nie poradniki o wychowaniu, nie po kotkach, krówkach i kurkach, nie Pudla, ale coś dla siebie. Jakiś romansik lub coś ambitniejszego. Oddaj się relaksowi, poczuj emocje, chociaż dwie strony do kawy albo przed snem. Od dziś, od teraz.

Ofc można olać i hodować te jajecznicę, albo spróbować być na powrót sobą. Wybór jest chyba prosty 😉

*Wpis ma charakter satyryczny.

Cześć, mam na imię Ania i bardzo się cieszę, że mogę gościć Cię na moim blogu.
Jeśli spodobało Ci się tutaj, to zostań z nami na dłużej, będzie nam bardzo miło 🙂
Polub slodkiciezar.pl na Facebooku
Polub slodkiciezar.pl na Instargarmie

Do zobaczenia! 🙂

ZOBACZ RÓWNIEŻ

4 komentarze

  • Odpowiedz
    Agnieszka
    9 października 2018 at 22:43

    Na szczęście nie dotkęło mnie to ani przy pierwszym ani drugim dziecku (prawie 4 lata i rok i 8 miesięcy). Żal mi bylo mojej pasji – chóru więc bardzo szybko wróciłam na próby. Mój czas. Czytam dzieciom ale czytam też sobie, więc po okresie ciążowej papki mózgowej wszystko wróciło do normy. Alkohol (niekoniecznie wino) czasem sie pojawia podobnie jak wyjścia z koleżankami i wyjścia z mężem bez dzieci, nawet weekendowe. No i moje wyjazdy. 6 dni na żaglach bez rodziny, za niedługo tourne z chórem 8 dni. Oprócz matki dzieci mają też ojca. I choć kocham je ponad wszystko dla zdrowia psychicznego muszę od nich odpoczywać. I gdy idę na moje zajęcia na szkole rodzenia, zawsze mówię przyszlym mamom… „Nigdy nie rezygnujcie z siebie i swoich pasji. Dzieci szybko rosną i nie potrzebują nas później non stop i gdy rezygnujemy z siebie to nie ma później do czego wracać.”

  • Odpowiedz
    Natalia
    9 października 2018 at 22:38

    Ja półtora roku tak gniłam ze swoją jajecznicą z mózgu i w końcu powiedziałam dość i to dość drastycznie, bo spakowałam walizkę i pojechałam na 10 dni na urlop od wszystkiego, a przy okazji wróciłam do hobby, które uwielbiałam przed ciążą – LARPów 🙂 było ciężko, bo przez pierwsze dwa dni rzeczywiście miałam problem odezwać się do ludzi, bo w głowie miałam tylko rzeczy związane z dzieckiem i byciem mamą, ale dość szybko się poprawiło 🙂 i szczerze powiedziawszy nawet nie wiedziałam, że potrzebuję takiego resetu, dopóki tego nie zrobiłam. Polecam każdej mamie, jeśli tylko ma możliwość i to najlepiej „na twardo”. Bez telefonów co pięć minut z pytaniami, czy dziecko dostało jeść, czy przewinięte i czy tęskni za mamusią. Tata da sobie radę, a jak nie da, to zadzwoni do swojej mamy 😉

  • Odpowiedz
    Dorota
    9 października 2018 at 22:11

    Wszystko fajnie, tylko moja jajecznica podpowiada, że punkt pierwszy, czyli to wino jakoś tak średnio pasuje do matki karmiącej.. 😉

    • Odpowiedz
      Ania Brzozowska
      9 października 2018 at 22:17

      Na szczęście są laktatory 🙂 więc nawet matki karmiące mają szansę na chillout 😉

    Napisz odpowiedź