Macierzyństwo Moim zdaniem Polecane

Matka też człowiek, zasługuje by się wyspać

Zawsze miałam większe lub mniejsze problemy z obudzeniem się rano. Na macierzyńskim dawałam radę, budziłam się w nocy, byłam zmęczona, ale funkcjonowałam w miarę normalnie. Wszystko tylko dlatego, że często ucinałam sobie drzemkę razem z młodym. Tak, miałam szczęście, bo moje dziecko w pierwszym roku robiło sobie w ciągu dnia nawet dwie drzemki. Nie jakieś szałowo długie, ale zawsze dwie. Jednak od momentu powrotu do pracy, moje życie zmieniło się o 180 stopni. Teraz rano ja się nie budzę, ja zmartwychwstaję. Serio. Jeszcze przez dobre trzydzieści minut próbuję złapać ostrość widzenia. Można do mnie mówić i mówić, ale zaraz po wstaniu z łóżka nic do mnie nie dociera, bo mój organizm na powrót do rzeczywistości potrzebuje czasu. Nieprzytomna, zmęczona potykam się o wszystko, co mam na drodze. Prysznic przyprawia mnie o szok termiczny, ale jest najskuteczniejszym sposobem postawienia mnie na nogi. Na efekty kawy zbyt długo trzeba czekać. Niestety, smutna i bolesna prawda jest taka, że regularnie nie dosypiam.

Nie, nie narzekam, ale co ja bym dała za takie  8-9 godzin niczym nie przerwanego snu. Tak więc pewnego pięknego dnia, zakiełkował nam w głowach pomysł podrzucenia na noc młodego do moich rodziców. Oni bardzo rzadko go widzą, a on ich uwielbia i aż się trzęsie na ich widok ze szczęścia, tak więc wszyscy byliby zadowoleni. A my w końcu mielibyśmy przyjemność wyspania się, bez nocnych pobudek i wstawania o siódmej rano. Bez usypiania. Z możliwością dawno wymarzonego kina i kolacji poza domem. Hajlajf jednym słowem. Tak więc od słowa do czynu – przedstawiliśmy niecny plan moim rodzicom i zaraz po usłyszeniu zgody, zaczęliśmy skrupulatnie planować nasz wieczór wolności i powrotu do przed rodzicielskich czasów. Ahoj przygodo!

Epizod pierwszy

Nadszedł długo wyczekiwany dzień spełnienia marzeń o dobrze przespanej nocy. Zaraz po 18stej odstawiliśmy Miko do dziadków na pierwszą jego noc bez nas i poza domem w jednym. Zbieraliśmy się do tego bardzo długo, tak więc ta noc miała smakować nam niesamowicie tzn. kinem, prosecco, truskawkami, sushi i dobrym długim, niczym nie przerwanym snem. Resztę szczegółów pozwolę sobie przemilczeć. Pełni entuzjazmu wystartowaliśmy realizować nasz wieczór. Jeszcze krótka wizyta u znajomych i zaczynamy realizować nasz plan pełen magii i przyjemności. Krótka wizyta jak to zwykle z nimi bywa, przedłużyła się o parę znaczących godzin. Zamiast romantyzmu level expert, kina, kolacji i tego prosecoo z truskawkami, była gra planszowa, arbuz i nachos z serem. Do domu zjechaliśmy jakoś 1-2 w nocy, więc biorąc pod uwagę stopień zmęczenia, romantyzm umarł z chwilą otwierania drzwi do mieszkania. Padliśmy do wyra jak dłudzy. No ale noc przed nami, przynajmniej się wyśpimy.

7.30 rano, wymarzony, wspaniały i niczym niezakłócony sen przerywa głos mojego męża:
– Czy Ty wiesz, która jest godzina?
Patrzę na zegarek i czuję, że za moment zacznę się gotować. Noszjapierdolę…
Po czym spokojnym tonem, ale jednak z nutą wzburzenia odpowiadam:
– W końcu mamy możliwość się wyspać, a Ty budzisz mnie o 7.30 i pytasz czy wiem, która jest godzina? Czyś Ty do reszty zwariował?
Za moment dzwoni telefon. Miko jakiś ciepły, chyba gorączka. Cholera jasna! Wciągam w pośpiechu jeansy i pierwszy lepszy podkoszulek i już stoję przy drzwiach. I love my life, i love my life, i love my life…

Epizod drugi

Skoro młody już zaprawiony w boju, możemy jechać na weselicho. Tym razem postanowiliśmy zostawić Miko z dziadkami u nas w mieszkaniu, bo przecież wszystko tam jest i nic nie trzeba wozić. Wygoda, wygoda i jeszcze raz wygoda. Zakupy zrobione, sukienka wygładzona, lok zakręcony, oko pomalowane. Najpierw zabawa, a potem się wyśpimy. No to w drogę! Ahoj przygodo!

Wesele jak to wesele. Trochę wina, trochę tańca, trochę jedzenia. Ale nagroda miała dopiero przyjść. Po pięćdziesięciu poprzedzających dyskretnych ziewnięciach bez otwierania paszczy postanowiliśmy zarządzić cichą ewakuację. W końcu druga w nocy minęła, a więc nasze baterie były na kompletnej rezerwie. Ani zupa, kawa, herbata, wino, zagrycha – nic nie było w stanie nas obudzić. Komu w drogę, temu sen. I już prawie nasz sen o wyspaniu się spełnił, gdyby nie to co stało się potem:

W pokoju łóżkiem okazał się jednoosobowy tapczanik (nienawidzę tego słowa, ale ono jedyne oddaje grozę zastanej sytuacji). Z jedną poduszką na nas dwoje, a recepcja pusta. Ani widu, ani słychu.

Przez pół nocy, która została do końca szczekał jakiś cholerny kundel, a szczekanie roznosiło się echem, potęgując odgłosy.

Jakby szczekania było mało, w nocy przyszła ulewa. Wtedy też odkryliśmy, że dach jest pokryty blachą i było to bardzo przykre odkrycie.

Po sześciu godzinach wegetacji, bo snem bym tego absolutnie nie nazwała, wstaliśmy. Szybciutko się ubraliśmy i raz dwa do domu z nadzieją na drzemkę młodego, a więc i naszą. Wróciliśmy. Oczywiście jak na złość ze zmęczenia nie mogliśmy zasnąć.

Następna noc miała przynieść regenerację po tym koszmarku. Prawie się wyspaliśmy, z naciskiem na prawie.
Poniedziałkowy (wolny!) poranek, siódma rano. Przewracam się z boku na bok, a Miko ze śmiechem się na mnie wdrapuje. Przytulam go mocno i mówię:
-Kocham Cię synku.
Na co moje dziecko po raz pierwszy (!!!) odpowiada:
-Chocham mama cie.
Fajnie być mamą, właśnie dla takich momentów. Chrzanię to niewyspanie, jeśli tylko te słowa będę słyszeć codziennie.

Cdn.

ZOBACZ RÓWNIEŻ

2 komentarze

  • Odpowiedz
    Nowa w wielkim mieście
    17 sierpnia 2016 at 23:54

    Zabawne macie te senne przygody – ale końcówka rekompensuje to niewyspanie! 🙂 Ciekawe kiedy ja usłyszę takie słowa od mojej małej?

  • Odpowiedz
    Gaba - Turlu Tutu
    18 sierpnia 2016 at 05:37

    Oj taaaak…Nasze plany zawsze biora w łeb…Pamiętam jak pierwszy ra zostawiliśmy Babcię z dziećmi i wybraliśmy się na kolację ze znajomymi…(też miało być proseco:)) ledwo podali przystawki, a już mieliśmy telefon, że dzieci nie śpią…Ja też zrezygnowałam z wysypiania się! Postanowiłam się zahartować i korzystać z nocy:)

  • Napisz odpowiedź