Polecane

Jak zrobić kuchnię marzeń i… prawie się rozwieść

Jak przystało na urodzoną optymistkę, do nowego mieszkania wkroczyłam przed około sześcioma laty z totalnym brakiem spójnej wizji na urządzenie. Wszystko było kwestia przypadku i chwilowych fascynacji, kupowaliśmy, ustawialiśmy, a potem za głowę się łapałam że kur… nie pasuje. Ani to, ani nic innego. Temat zawiesiliśmy na kołku, postanowiliśmy podróżować czy to urlopowo czy weekendowo – tak czy owak kasę lokowaliśmy we wszystko byle nie w nasze cztery kąty. Ahoj przygodo, kiedyś się ustatkujemy, będzie dziecko, to pomyślimy o urządzaniu gniazdka. Tak też się stało.

Inaczej rzecz się miała w przypadku kuchni. Z uwagi na moją olbrzymią miłość do gotowania zamarzyłam sobie piękną, olbrzymią kuchnię ze srylionem szafeczek na te wszystkie gadżety, które zawalały w kartonach podłogę. Miałam się spełniać, wyżywać i zachwycać podniebienia. Miałam być jak Nigella, tylko mniej włoskiej urody. Projektowałam ją miesiącami, niestety moja wizja okazała się jednak kosztować miliony monet poza budżetem, więc finalnie zrezygnowałam z cudów na kiju i postawiłam na starą dobrą Ikeę.

Nareszcie, będę mieć kuchnię marzeń!

Wybraliśmy fronty, a potem zmyślna pani pomogła nam nanieść poprawki na samodzielnie wykonany projekt – zmyślna w rzeczywistości nie była, bo dziś obserwuje jej patenty i klnę pod nosem). Kuchnia została zamontowana. Mieliśmy tylko położyć płytki i zamówić blat, piękny, cudowny, drewniany, więc wzięliśmy taki na chwilę, tymczasowy. Tymczasem jest z nami już kilka lat. Ponoć prowizorka jest najtrwalszą rzeczą i rzeczywiście potwierdzam. Nic tak nie wrosło w tę kuchnię jak ten blat tylko na chwilę. Kłuł w oczy jak cholera, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, aż zrobiło się z pięć lat.

W czasie niekończącej się blatowej prowizorki na osłodę kupiłam zlew – piękny, porcelanowy, co to blachę z piekarnika idzie w nim zmieścić i umyć bez zalewania całej kuchni i sąsiadów. No kocham go jak nie wiem co, ale mniej już zmywać. Bo jak pomieści blachę, to wyobraź sobie ile zmywania jest gdy się zapełni po brzegi. Wtedy nic, tylko żyły podcinać łyżką stołową.

Wiosną tego roku, po pięciu cholernych tymczasowych latach, postanowiłam przełamać to pasmo prowizorek, pomierzyłam długości, szerokości i co ważne – wysokości po montażu mojego pięknego dużego zlewu, zrobiłam pomiary niczym rasowy fachowiec i zaciągnęłam męża mojego do sklepu. Jednego, drugiego, piątego. Blaty kuchenne mu się śniły po nocach, a ja uparcie czołgałam go po tych wszystkich przybytkach, żeby znaleźć ten jeden jedyny drewniany, cudowny. Tak jak kilka lat wcześniej, nogi poniosły nas do ukochanego sklepu wszystkich mężów świata – welcome Ikea.

Przygotowałam się do tego wzorowo – przysięgam! Pojechaliśmy na wieczór, co by uniknąć tych tłumów dzikich. Dziecko i męża nakarmiłam klopsikami, bo wiadomo, głodny facet – nie ma rozmowy. Najpierw trzeba utrzymać parametry życiowe, a dopiero potem można przejść do negocjacji cenowych, czyli jak dużo i dlaczego tak drogo, ale kochanie, przecież o takim właśnie marzyłam.

Poszliśmy, usiedliśmy, wybraliśmy O ten będzie idealny! Trwało to ponad godzinę, bo przecież mąż mój wszystkie kwestie montażu musiał zbadać, obgadać, przedyskutować jak na faceta przystało. Spisaliśmy zamówienie i już nogi nasze kierowały się do kasy, kiedy coś jednak mi w głowie zaświtało, bo te pomiary przecież sama robiłam, więc słodko pytam:

Ja: Kochanie, ale ten blat ma 28 mm, prawdaaaa? Bo jak będzie grubszy, to zostanie nam taka brzydka dzuira pod zlewem.
Mąż: Yyyyy… nie wiem…?

Dobra, sprawdzamy. Blat ma jednak 38mm więc jesteśmy w d… Czarnej jak cholera. Zmyślny pan doradca podpowiada, że przecież przed montażem tego mojego zlewu cudownego w szafce pod zlewem była maskownica, którą wystarczy dociąć i dziury nie będzie. Ja słucham i czuję, jak wszystko na powrót pięknie wiruje! Będzie ta kuchnia jak nic, piękna, cudowna i słyszę to:

Mąż: Yyyy.. ale my tę maskownicę wyrzuciliśmy, bo przecież nie była już potrzebna.
Ja: @#$%^&*()&^%$#@! Że co?!
Po czym pełna nadziei pytam, czy możemy dokupić front z maskownicą. Yeee, przecież zawsze da się coś zaradzić.

Nie dało się, nasze fronty nie są produkowane od czterech lat. Kur….
Tak więc pogodziłam się z faktem, że musze poszukać cieńszego blatu i powróciliśmy do domu z wielkim tłustym niczym. Jak to w życiu bywa, plany dokończenia kuchni odwiesiłam chwilowo na kołek…

Cztery miesiące później…

Wpadliśmy na fantastyczny pomysł – zrobimy sobie drewnianą podłogę na balkonie. Przyjemniej będzie siedzieć i zakryjemy wszystkie szpary, dla bezpieczeństwa sąsiadów, wszak deszcz resoraków nie jest raczej przyjemną sprawą. Szanowny mąż zabrał się za sprzątanie i opróżnianie skrzyni na balkonie.
Ja jak na wzorową żonę przystało stoję ze swoim porządkowymi atrybutami – worem na śmieci i płynem do szyb. A mąż wyjmuje kolejne graty. Co on tam zachomikował, wolę nie wiedzieć. Na pierwszy rzut idą narzędzia, wałki, pędzle, jakaś doniczka. I nagle zamieram. Czuję jak żyłka na skroni zaczyna mi pulsować, a ciśnienie rośnie i rośnie. Czuje, że ciśnienie rośnie z sekundy na sekundę i zaraz eksploduję. Oto mój wspaniały mąż wybucha śmiechem, a w jego dłoni spoczywa rzekomo wyrzucona maskownica.

O patrz, jednak ją mieliśmy.

Wyszłam. Poszłam  i nie wracam. Teraz nic tylko szukać prawnika, niech pisze powód z orzeczeniem o winie. Moja kuchnia marzeń mieszkała sobie przez cztery bite miechy na balkonie. Noszjapier…

Lato w pełni, więc kuchni nie będzie, za to potrzebuję wakacji, by jakoś ochłonąć, nabrać dystansu i przełknąć tę cholerną maskownicę. No cóż…

cdn.

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Brak komentarzy

Napisz odpowiedź