Gadżety Polecane

Jeśli myślisz, że soki budują odporność, to…

Gdybym mogła mieć jedno dowolne życzenie do dżina lub złotej rybki, z pewnością zapragnęłabym nieustającego zdrowia dla siebie i swojej rodziny. Ale nie ma cudów, w sezonach zwiększonej zachorowalności wszyscy jesteśmy narażeni na infekcje, zwłaszcza przebywając w dużych skupiskach ludzi. Nagle zaczynamy szaleć z preparatami na odporność, zmieniamy dietę i oczekujemy cudów w mig, bo gdzieś musi istnieć to panaceum na wszystko. A że na zdrowiu się nie oszczędza, to domowa apteka rośnie i rośnie. Syropy, suplementy diety, roztwory, zawiesiny, krople, tabletki. Studnia bez dna. Ani przyjemności stosowania, ani powalających efektów. Wtedy wówczas wracamy do natury.

Aby nie chorować lub zdecydowanie rzadziej chorować trzeba przede wszystkim dbać o swój organizm. Nasze ciało jest jak dom – jeśli się o niego nie zadba, to zacznie niszczeć i będzie podatny na destrukcję. A przecież o to nietrudno. No a gdy już mamy dzieci, to w ogóle jakoś tak to szybko leci. Kanapka w locie, kawa która wypłucze magnez. Dzieci patrzą na nasze nawyki i tak to jest, że czym skorupka za młodu… Potem się dziwimy, że otyłość, choroby metaboliczne i inne badziewie się do nas i do naszych latorośli przykleja. I oczywiście w sezonie większej zachorowalności co chwila glut po pas oraz kaszel jak u gruźlika.

Nie zawsze o siebie dbałam tak jak obecnie. Cola, burgery, kawa, wszystko w locie i na wynos. Soki rzadziej, bo te świeżo wyciskane nie zawsze i nie wszędzie są dostępne, a zdecydowanie najbardziej za nimi przepadam. Potem była ciąża, która zaskoczyła mnie stale pogłębiającą się anemią. Wyniki leciały w dół jak błyskawica, a ja na każdej wizycie wysłuchiwałam od lekarza, że trzeba to ogarnąć, okiełznać, bo nie będzie znieczulenia, bo grozi mi transfuzja krwi. Brałam witaminy w maksymalnych dawkach, piłam barszczyki, wcinałam pietruszkę, cuda na kiju się działy. A badania jak leciały, tak leciały. W połowie ciąży już pomysłów nam brakowało. W końcu postawiłam wszystko na jedną kartę -odstawiłam preparaty witaminowe, barszczyki i inne cuda. Poszłam w świeże soki. Codziennie minimum jedna szklanka soku z buraka, pietruszki, jabłka i co tam jeszcze mi wpadło w rękę. I tak do końca ciąży. Dzień po dniu. Powoli wyniki krwi zaczęły się poprawiać, a w dniu rozwiązania były wręcz podręcznikowe, no idealne. Nie mówiąc już o tym, że i dużo lepiej wyglądałam, bo ta bomba witaminowa zbawiennie działa na cerę, włosy i paznokcie.

Po urodzeniu było dużo wszystkiego i soki czasowo zeszły gdzieś na dalszy plan. Ale nie na stałe. Podczas rozszerzania diety Mika wróciły ze zdwojoną mocą, bo mój mały alergik nie wszystko tolerował, a i często  wybrzydzał, więc najprościej było je przecierać samodzielnie. Niestety nie wszystko dało się zrobić sokowirówką, bo ta przecież do bananów się absolutnie nie nadaje. Tak więc do bananów w użyciu był blender kielichowy, z jabłek i gruszek sok sokowirówką, a potem zmywania po łokcie. O matko jedenasta, chyba upadłam na głowę. Ale dzieć chciał, to miał. Czego my matki dla tych swoich dzieci nie zrobimy. No nieba przychylimy, a i zmywać będziemy ze stoickim spokojem.

Nasze spożycie soków rosło i rosło, a zewsząd byłam atakowana komunikatami, że przecież soki dają odporność. Prawie w to uwierzyłam. Prawie. Więc jeżeli i Ty do tej pory sądziłaś, że soki budują odporność, to niestety Cię zasmucę. Nie mają takiej właściwości, bo gdyby tak było, to przecież nikt by nie chorował. Ale mają fantastyczny wpływ na budowanie odporności, bo dostarczają dużą dawkę łatwo przyswajalnych witamin, które świetnie wnikają do krwi. A jak dbamy o swoje ciało, min. dostarczając im witaminy i mikroelementy, to i lepiej bronimy się przed zarazkami.

Wbrew pozorom ma też znaczenie w czym te soki przygotowujemy. Bo ja sobie tak myłam i myłam ten blender i tą sokowirówkę, długo i cierpliwie. Parę tygodni temu do sokowirówki i blendera kielichowego dołączyła wyciskarka wolnoobrotowa Philips HR1987/30. Z początku podchodziłam do niej dosyć sceptycznie, bo to przecież KOLEJNY sprzęt. Szybko jednak się z nią przeprosiłam, bo na początku okazało się, że zakończyła mój koszmar przygotowywania soków z bananem na dwa sprzęty. Yes yes yes!

Nie oznacza to oczywiście, że pozbyłam się pozostałych sprzętów. Absolutnie nie! Bo warto wiedzieć, że każdy z nich daje nam nieco inny produkt końcowy. Niby sok to sok, ale różnice są mega duże.

Soki z sokowirówki są klarowne, ale na wierzchu niekiedy tworzy się piana, której tak bardzo nie lubimy, a to zmusza do przelewanie soku przez sitko. Każdy kto ma dziecko wie, że jeśli jest coś, do czego maluch może się przyczepić, to napewno to zrobi. U nas piana była absolutnie fuuuuj, a więc skutkowało to niekiedy stanowczym bojkotem, bo przecież nie będzie takiego pił. Soki z wyciskarki są znacznie bardziej treściwe, ale też bez obrzydliwej panki na wieśchu. Sokowirówka jest świetnym sprzętem, kiedy szybko musimy wycisnąć duże ilości soków, np na kinderbal. W lato używam jej również do wyciskania soku z arbuza, który doskonale gasi pragnienie i mój syn kocha go najbardziej na świecie.
Ponadto sprawdzi się do pozyskiwania soku z owoców i warzyw jak np. melony, wszystkie korzenie, truskawki, maliny, cytrusy, jabłka i wiele innych. Ale nie poradzi sobie z bananami, papają oraz warzywami liściastymi. Warto pamiętać o wypestkowaniu, bo nie każda maszyna sobie z nimi poradzi.

Soki z wyciskarki są znacznie gęstsze i bardziej treściwe,  ponieważ jej mechanizm miażdży wszelkie owoce i warzywa (nawet miękkie i miąższyste), a nawet liście, wydobywając z nich wszystko co najlepsze (do 90% sok, w tym drogocenny błonnik, którego udział w diecie jest niezwykle istotny, bo przecież pomaga walczyć z otyłością, cukrzycą czy chorobami nowotworowymi. Poradzi sobie z każdym owocem czy warzywem, więc jeśli chodzi o tworzenie pysznych i zdrowych soków – the sky is the limit. Wyciskając soki naszym Philipsem absolutnie nie musimy się przejmować pestkami, a więc mniej przygotowywania składników.
I jest jeszcze jeden plus, który dla mnie ostatnio ma olbrzymie znaczenie. My starzy z wiekiem coraz gorzej trawimy laktozę i niestety ja już wiem, że mleko krowie mi nie służy. Z pomocą wyciskarki można wyciskać mleko migdałowe, które rewelacyjnie sprawdza się do kawy 🙂
Nasza wyciskarka ma też dwie olbrzymie zalety jeśli chodzi o utrzymywanie je w czystości. Wiem, że teraz poniekąd wszystko się w mig czyści, ale często w mig, wcale nie jest takie ekspresowe i proste. A w przypadku naszego Philipsa nie ma ściemy. Składają się na to dwie rzeczy. Po pierwsze funkcja wstępnego czyszczenia, dzięki której usuwana jest większość zabrudzeń, a w efekcie mycie zajmuje zdecydowanie mniej czasu. Po wstępnym czyszczeniu dzięki technologii Quick Clean wystarczy jedynie wypłukać pod bieżącą wodą wszystkie części i gotowe. Wyciskarka jest czyściutka w kilka chwil.

Z kolei blender kielichowy jest idealny do smoothies. Nie otrzymamy z niego klarownego soku, a raczej gęste koktajle. Nie nadaje się do owoców z pestkami, gdyż nie odseparuje ich od soku. Ale rewelacyjnie sprawdza się do wszelkich koktajli na mleku i bananach, które uwielbiają moje chłopaki – do tego używamy go najczęściej.

Jeśli chodzi o zawartość witamin, to według badań przeprowadzonych wspólnie przez markę Philips oraz Uniwersytet Przyrodniczy w Wiedniu zarówno soki uzyskane przy pomocy sokowirówki jak i wyciskarki będą miały ich tyle samo. Jedyna istotna różnica dotyczy zawartości wcześniej wspomnianego błonnika – soki z sokowirówki nie będą go w sobie zawierać.

Reasumując – osobiście żadnego ze sprzętów nie mam zamiaru się pozbywać, bo jak dla mnie każdy z nich ma niewątpliwie unikalne zalety, jeśli chodzi o przygotowywanie różnej maści soków czy koktajli.
Bezdyskusyjnie wyciskarka Philips HR1987/30 stała się dla mnie sprzętem pierwszego wyboru, bo przecież mogę dzięki niej uzyskać sok właściwie ze wszystkiego, a dodatkowo bogaty w drogocenny błonnik. Co więcej, Philips dołącza do niej fantastyczną książkę, zawierającą wiele przepisów na pyszne soki, koktajle, a nawet lody czy zupy, które możemy wykonać z pomocą wyciskarki. To wiele ułatwia, bo kupując taki sprzęt, nie zawsze mamy świadomość potencjału, jaki w nim drzemie. A więc na zdrowie i do dna 🙂

*wpis powstał we współpracy z marką Philips

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Brak komentarzy

Napisz odpowiedź