Macierzyństwo Polecane

Czasami czuję, że dłużej nie dam rady…

Bycie rodzicem to wcale nie jest taka prosta sprawa. Nie chodzi oczywiście o to ile obowiązków niesie za sobą wychowywanie dziecka, ile uwagi, pieniędzy, zdrowia i siwych włosów, które przyjdzie nam w końcu dostrzec na swoich skroniach. To wszystko jest w pakiecie, który bierzemy razem z dzieckiem. I są takie dni gdy czuję, że dłużej nie dam rady…

Wychodzimy do sklepu, na spacer, na obiad i widzimy wiele sytuacji, gdzie dwulatek terroryzuje płaczem otoczenie, a matka krzyczy z bezsilności. Widzimy jak świeżo upieczone matki idą z wózkiem, a wewnątrz gondoli dziecko płacze i płacze. Jedne z nas oceniają, inne są pełne współczucia – wszystko zależy od tego, w którym momencie życia i wychowania dziecka się znajdujemy, ile doświadczeń mamy, jaki temperament mają nasze dzieci.

Czasami mam takie dni, kiedy wydaje mi się, że dłużej nie dam rady. To nie tylko kwestia tego, że są dni gdy nie ogarniam całego domowego chaosu (pisałam o tym TUTAJ).
To te chwile, kiedy Miko bałagani szybciej niż ja nadążam sprzątać i te, kiedy płaczem próbuje wymusić to czego chce, a nie koniecznie powinien dostać, albo gdy zrobi resorakiem dziurę w nowym meblu. Choć wiem, że to tylko dziecko i że dla tego wieku oraz żywiołowego temperamentu to norma, to jednak czasami czuję taką totalną niemoc. Siadam i czuję, że wszystko we mnie bulgocze, a bezsilność wypełnia łzami moje oczy. Płaczę, po cichu, dyskretnie, tak żeby nikt nie widział. Płaczę, bo chciałabym mieć w sobie taki totalny spokój, taką nirvanę, a nie potrafię mieć wszystkiego w dupie.

Nie jestem matką z obrazka, taką idealną, bez zmarszczek, problemów i zawsze w ładnej sukience. Są takie dni, że biegam w tym dresie z plamą, tylko sprzątam i wściekam się pod nosem i klnę. Na ogół rozmawiam z nim i tłumaczę bez końca, ale zdarza się, że czasem krzyknę. Wtedy, gdy proszę raz po razie, a od niego odbija się jak od ściany. Wtedy podnoszę głos, by zwrócić uwagę.  Tak, jestem wyluzowana, naprawdę, ale każdy luz i spokój ma swoje granice, podobnie jak moja cierpliwość.

Rodzicielstwo dzień po dniu uczy cierpliwości

Ja nie zaznałam dramatu początków, moje dziecko nigdy nie można było określić jako high need baby, bo pięknie przesypiał noce w pierwszych miesiącach, niewiele płakał, nie miał kolek ani odczynów poszczepiennych. Dziecko ideał. W nagrodę za względnie spokojny początek, nasz mały ancymon dostał niezwykle przebojową osobowość, a co za tym idzie, w efekcie zabaw i pomysłowości zniszczenia w naszym domu pojawiają się właściwie codziennie. I tak po roku stolik pod telewizorem jest naznaczony dziurami jak sito, a jego nowe łóżeczko które stoi w domu zaledwie od kilku dni, ma już kilka konkretnych odprysków.  O stanie podłogi nie chce nawet myśleć, co mogłam przykryłam dywanami byleby nie widzieć. Resoraki to zło najgorsze.

Patrzę na to wszystko i biorę głęboki oddech. Dziecko niewątpliwie uczy cierpliwości – na każdym kolejnym etapie coraz bardziej. Wiem, że nie raz jeszcze wyprowadzi mnie z równowagi i nie raz podniosę głos, by sprowadzić go do porządku. Na szczęście z dnia na dzień poziom mojej cierpliwości rośnie, a na jego wybryki staram się reagować spokojnie.

Zdrowa frustracja

Nam rodzicom, trudno często przełknąć fakt, że dziecko płacze. Jesteśmy zaprogramowani na to, by usuwać wszystkie problemy tylko po to, by nieustająco widzieć dziecięcy uśmiech. Stop! To błąd i okropna krzywda, jaką robimy swoim dzieciom. Frustracja jest dziecku potrzebna do prawidłowego rozwoju. Nie można dziecka chronić przed wszelkimi frustracjami, bo jeśli nie nauczy sobie z nimi radzić już na wczesnym etapie, to niestety potem będzie miało ogromny problem z radzeniem sobie z negatywnymi emocjami. Dziecko musi wiedzieć, że pewnych rzeczy mu nie wolno lub czegoś nie dostanie, a płacz jest naturalną konsekwencją stawiania granic.  Z czasem będzie coraz lepiej znosić i akceptować wyznaczane granice. Jeśli nie pozwolimy na frustrację i będziemy ulegać, doprowadzi nas to do momentu, w którym będziemy nieustannie terroryzowani i ciężko będzie jakkolwiek sobie z tym poradzić. W końcu nie ma czegoś takiego jak bezstresowe wychowywanie. Stres odczujemy albo my  albo dziecko.

Na koniec powiem Ci tylko tyle – patrzymy na co dzień na innych rodziców, wspaniałych, kochających i w naszych oczach idealnych, a w głowie mamy wyrzuty sumienia, bo zakazałyśmy czegoś lub podniosłyśmy głos rano na dziecko za to, że mimo upomnień zrzuciło ze stołu wszystkie naczynia, zalało dokumenty sokiem i wgniotło ciastolinę w długowłosy dywan. Ci idealni rodzice na codzień mają dokładnie te same sytuacje – oni też stawiają granice, za które płacą histerią dziecka,  im też czasem kończy się cierpliwość, oni też czasami krzyczą. Są idealni, bo my ich tak widzimy, ale w ich głowach nieustannie kłębią się te same wyrzuty sumienia.

ZOBACZ RÓWNIEŻ

5 komentarzy

  • Odpowiedz
    tarapatka
    24 listopada 2016 at 21:04

    Może nie powinnam się nawet przyznawać, bo mój Syn ma dopiero 7 miesięcy, ale tak, mam takie dni. Nie jestem cierpliwa, a Młody jest bardzo absorbującym dzieckiem, o czym przekonał się sam szpitalny personel w pierwszych dniach Jego życia 😉 nie przespał jeszcze żadnej nocy, jeśli budzi się w nocy 3 razy uznaję to za sukces. Jak widać moje dziecko od samego początku wystawia mnie na ciężką próbę…ale walczę!

  • Odpowiedz
    mag
    24 listopada 2016 at 22:04

    Nie do końca.. jeśli wyluzowana jesteś tylko na zewnątrz, a w środku jednak goni cię stereotyp matki polki to… rzeczywiście może cię zdenerwować rozlana woda czy dziura w szafce. „Nie nadążasz sprzątać”..? sama się wpędzasz w frustrację. Sprzątaj raz na koniec dnia 😛 Z tego, co czytam – masz zdrowe dziecko, od początku „łatwe w obsłudze” (przesypia noce etc.), więc wyluzuj, bo jakieś głupie odpryski na łóżeczku to naprawdę nic w porównaniu z tym, z czym jeszcze możesz się w życiu zmierzyć. Jeśli teraz czasem myślisz, „że dłużej nie dasz rady”, to co będzie dalej..?

  • Odpowiedz
    Nowa w wielkim mieście
    25 listopada 2016 at 00:37

    Ostatnio mam podobne myśli i to bardzo często. Czasem jest naprawdę ciężko. Nie chce mi się znów sprzątać tego bałaganu, przebierać kolejny raz pieluchy czy nawet bawić klockami! Marzą mi się jakieś wakacje od macierzyństwa, ale wiem, że za bardzo bym tęskniła za córcią. A ona też takie idealne dziecko od początku, bez żadnych problemów. No to teraz mamy płacze i wymuszanie! Ciekawe kiedy zacznie się tarzanie po podłodze w sklepie? Czekam na to z niecierpliwością 😉

    • Odpowiedz
      Magda
      1 września 2017 at 06:33

      Zrób sobie takie wakacje – czasem wystarczy jeden -dwa dni by się naładować. Wiem z własnego doświadczenia 😉

  • Odpowiedz
    Mama na cały etat
    1 września 2017 at 08:41

    Oj skąd Ja to znam, aktualnie siedzę w domu z 2 dzieci 2 latką, którą próbuje odpieluchować ( tydzień bez i żadnych rezultatów) i z 5 miesięcznym szkrabem, potrzebującym dużo towarzystwa – po całym dniu głowę mam kwadratową. Od jakiegoś czasu nie mam ochoty na zabawy ze starszą, a ogarnięcie mieszkania to jak zdobycie góry lodowej. Czekam, aż mąż wróci do domu z pracy a ja będę mogła wyjść sama ze sobą chociaż do sklepu. Moje wakacje od macierzyństwa to takie, że raz na jakiś czas mam wieczór dla siebie – ubieram się jak człowiek i idę w miasto :). Ale nie ukrywam, że już odliczam dni kiedy wrócę do pracy. Mimo wszystko kocham te swoje szkraby.

  • Napisz odpowiedź